Pojęcia nie mam, kim jestem ani jaki został mi dany cel na tym
świecie, na tej drodze w tej Wędrówce. Odkryję go kiedyś, na to jeszcze
przyjdzie czas. Przybywam z pewnego świata, ponurego, bez kolorów ani
czarnego ani białego. Imię moje brzmi Luneya Hortairo, co prawdopodobnie
nic nie oznacza, ale jeśli by wierzyć legendom, Luneya to ta, która
jest Początkiem i Końcem, a Hortairo to wędrowiec po centsmadejsku. Moje
życie to tylko spolot smutku i śmiechu, zmartwień i radości, zwątpienia
i nadzieji.
Pozornie. W moim umyśle bowiem stworzony jest odmienny świat,
rzeczywistość i przeze mnie nie pojęta. Czasem nawiedza mnie przedziwne
uczucie, fala jakiś innych głosów, zdarzeń nigdy nie minionych ani, z
logicznego punktu widzenia, nie będących nawet częścią przyszłości. Nie
mam pojęcia skąd pochodzą, dlaczego doświadczam ich bytu, lecz czuję, że
jestem w jakiś sposób z nimi związana. One zależne są ode mnie, a ja od
nich. Stamtąd właśnie pochodzą wszelakie idee i pomysły, z których
niewielką niemalże nieznaczącą część udaje mi się pochwycić i przelać na
papier.
Postanowiłam stworzyć miejsce, gdzie będę owe pochodzące z odległej
krainy myśli zapisywać. Jeśli jesteś, mój drogi czytelniku, tym
zainteresowany, możesz przeczytać te prace, nad którym spędzam noce i
dnie. To część mojego życia, te wiersze, ta poezja, te teksty.
Mój wiek nie odznacza się szczególą długością. Dane mi zostało
przeżyć czternaście wiosen. Nie wiem, kim jestem i dlaczego wiem zbyt
dużo, dlaczego zachowuję się odmiennie od równym sobie. Czuję się czasem
jak puzzel, który został wyjęty z zupełnie innej układanki i
przemieszany między idealnym porządkiem świata. Znalazłam się samotnie
pośród rzeczywistości, która mimo, że mnie toleruje, wiem iż niezbyt do
niej pasuję.
Może urodziłam się w niewłaściwych czasach? Ktoś kiedyś napisał
książkę, w której pisał, że czuje się, jakby urodził się za późno.
Podobne przemyślenia nieraz dręczą mnie. Lecz kim byłabym, gdybym
urodziła się choćby 20 lat wcześniej? A jakie życie wiodłabym w
średniowieczu? Byłabym z pewnością tylko żywym narzędziem do rodzenia
dzieci jakiemuś mężczyźnie, wyszłabym za mąż w wieku 15 lat, a sztuki
czytania i pisania nie poznałabym być może nigdy, zważając na
ograniczenia możliwości kobiet w tamtym okresie. Gdybym jednak urodziła
się wieki temu, nie raz myślałam o tej sprawie, uciekłabym z domu i żyła
w lesie albo beztrosko na bezkresnych polanach, gdzie promienie słońca
ogrzewałyby moje ciało, wiatr byłby otuchą, a leśne strumienie cicho
przepływały niedaleko mnie, przecinając się nawzajem.
Gdy kończę jakiś tekst, zdaję sobie sprawę, że marzenia to jedyne, co
mi pozostało. Ach, życie bez trosk w harmoni z naturą, wśród saren i
jeleni, wilków i dzikiego ptactwa... Przeżyć taki żywot, to wprost raj
uziemiony. I na starość czekać na śmierć, jak na dobrego przyjaciela,
który zabierze mnie do innego świata, wiecznego szczęścia albo... w
kolejną niezwykła Wędrówkę?
Zapraszam was, czytelnicy mili, do czytania i tradycyjnie miłej lektury.
Pozdrawiam serdecznie
Luneya
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz