poniedziałek, 11 lutego 2013

Mam nadzieję, że moja mama nie przeczyta tego wpisu, bo powie pewnie znowu, że mi się w głowie poprzewracało. I nie zrozumie tego, o czym tu napiszę... Nie zrozumie dlatego, że nie chce tego zrozumieć albo nie jest na to gotowa. Bo wiem, że choć czasem mi czegoś zabrania, czasem o coś się zaciekle wykłóca i nie przyjmuje do wiadomości do tego, co jej opowiadam, wzdychając tylko "Ech, nastolatki!", tak naprawdę przyznałaby mi rację, bo często intuicyjnie odczuwa, że ją mam...

Siedzę przy swoim biurku i delektuję się gorzką czekoladą Lindt 99 % kakao. I myślę sobie o swoim życiu... O tym, co już przeżyłam... O tych piętnastu latach, jakie było mi dane chodzić po tej ziemi... Przypominam sobie swoje wczesne dzieciństwo, potem trzy lata spędzone w przedszkolu, później szkołę podstawową, najpierw w Krakowie, potem w Warszawie, koszmarne pięć lat wśród około pięciuset dzieciaków, o których szkoda mi słów opowiadać. Jedynie kilka osób wśród nich, nie więcej niż sześć całkiem inteligentnych jakoś pomagało mi tam przeżyć. Zaraz zacznę się chyba nad sobą użalać, a tego robić nie chcę. Nie było w tej szkole ani jednego mądrego nauczyciela. Hm, może z wyjątkiem jednej pani od matematyki, która była w miarę mądrą i miłą osobą. Poza tym, o reszcie nauczycieli i większości osób w tej szkole prawdę mówiąc wolę zapomnieć. Ech, jak zwykle przynudzam swoimi wspomnieniami...

Myślę sobie też o swoim życiu teraz. I o tym, jak mało robię w swoim życiu rzeczy naprawdę wartościowych, ważnych... I przez to czuję się tak niespełniona. Kiedy jestem na przykład na wakacjach, nad Bugiem, każdy dzień jest dniem niezwykłym, każdy jest dniem innym niż poprzednie. Każdy spędzam intensywnie, każdy dzień przeżywam naprawdę! A tutaj, w Warszawie... Upływają tygodnie po tygodniach, dzień po dniu, prawie nie rozróżniam snu od rzeczywistości.. To wszystko zlewa się w taką jedną całość, tak jakby mijało kilka dni. Czasem wydarzy się coś ciekawego w danym dniu. Czasem dojdę do jakichś bardzo ważnych wniosków, coś odkryję, przemyślę, czegoś się dowiem, co wyraźnie zmieni moje życie. To nie jest tak, że uważam, że moje życie jest szare i nieciekawe. Tylko niestety czuję, że nie robię w nim tego, co powinnam robić. Jak już kiedyś napisałam na którymś tam blogu, czuję się "stworzona do robienia wielkich rzeczy", ale jak na razie nie robię nic ważnego. Mam wiele pomysłów na zmianę świata, ale kto mnie posłucha? Co zrobić z tymi pomysłami? Dokąd z nimi pójść? Jak przekonać innych ludzi, by zmienili swoje nastawienie do życia i swój sposób życia, żeby przebudzili się i zaczęli działać, buntować się przeciw niesprawiedliwości. Ludzie często mówią - "życie jest niesprawiedliwe, trzeba się do tego przyzwyczaić". Uważam to za kompletny absurd. Czemu, w takim razie, gdy widzisz niesprawiedliwość, nie sprzeciwisz się jej, nie będziesz z nią walczył? - dziwię się tym ludziom. Czemu, gdy ją zastajesz, nie robisz wszystkiego, aby   ją pokonać? Czemu nie robisz sam porządku z tym światem, który zastałeś przy swoich narodzinach?












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz