Ona była inna
Mówią, że zabawna była. Czasem nieprzewidywalna, a do tego pełna energii i zaskakujących pomysłów.
A ja...
Pamiętam ją trochę inaczej...
Siedziała maleńka na ogromnym fotelu trzymając w delikatnych rączkach księgę z niezrozumiałą dla niej mądrością i zawartością...
Nikt na nią specjalnie nie patrzył
ani nie zwracał uwagi. Siedziała pochłonięta lekturą, której słowa, mimo
wszystko, były dla niej zbyt trudne i ukrywały zbyt głębokie znaczenie,
a jak na owoc dopiero kilku wiosen, wykazywała niesamowitą zdolność
rozumienia ich.
Objawione już w dziecięcej postaci
pożądanie znalezienia prawdy i poznania świata nie dawało jej chwili
wytchnienia, a gdy za oknem sypał gęsto śnieg, a rówieśnicy zjeżdżali na
sankach, ona przygnieciona ciężarem słów, metafor i odwołań do wydarzeń
jej nieznanych, wsłuchana była w słowa starożytnego i niewidzialnego
mędrca. On opowiadał jej z niezwykłą spokojnością o zielonych równinach,
czerwonych zachodach słońca, o drzewach pnących się w stronę błękitu i o
ciężkich szarych mgłach, które opadały na mokradła na skraju lasu. W
jej młodym umyśle powstawały obrazy wynurzające się z nicości, których
nigdy wcześniej nie widziała.
Gdy opowiadała, słuchano ją z
zaciekawieniem, a jednocześnie z dorosłą pobłażliwością i bezpodstawnym
wywyższeniem. Mówiono jej jedno, a ona wiedziała, że było inaczej. Jakże
mogłaby się omylić? Oni jednak zawsze widzieli prawdę, nawet w
nieprawdzie.
Skoro wstawał świt, nad Krainą
Widzialną w milczeniu spoglądał na dziewczynkę Chochlik, z lekkim
uśmiechem, jeżeli można nazwać tak stan istoty z Krainy Niewidzenia,
czasem niepoprawnie nazywany owym określeniem werbalnym i wizualnym.
Mrugał raz to jednym, to drugim, później trzecim oczkiem, a ona
zaczynała się śmiać. Wystawiała drobną główkę za okno i machała powoli
rączką w jego stronę.
Ale gdy Więksi wkraczali do pokoju,
przyjaciel chował się; bał się ich szarych, ponurych twarzy, słów i
myśli, które nie miały wartości, pustego spojrzenia, w którym odbijał
się Widzialny Świat zamiast miłości. Opowiadała im o nim, jak co dzień
wychodzi mu na spotkanie. Oni nie słuchali jej, lecz podtrzymywali swoje
przekonania o nieistnieniu „rzeczy niemożliwych”. Na pytanie -
„Dlaczego?” istniała według nich tylko jedna poprawna odpowiedź -
„Dlatego, że tak jest. Kiedyś się o tym przekonasz”.
Gdy opowiadała im o Czasach Ciemnych
i Nieskończonych Latach Bycia Nicością śmiali się ze słów, jakie
używała, z historii, które przytaczała im ciągnąc opowieść bez końca.
Gdy zaczęła ich wypytywać o to, co ich zdaniem jest arche
świata, zdziwieni i wyraźnie niepojmujący jej słów, odnaleźli grubą
książkę w jednej z szuflad. Historię filozofii starożytnej wspominała
jeszcze długo po tym, jak nakazali jej przeczytać bezsensowne książki
dla małych dzieci. Ona wiedziała, że nie jest już małym dzieckiem, a gdy
nachodziły ją takie myśli, Więksi patrząc na nią z góry wzdychali, że
mała pozjadała wszystkie rozumy.
Życie Większych polegało na
codziennym czynieniu tych samych czynności. Gdy obserwowała ich ze
swojego Kąciku, wydawali jej się tacy niezwykli, a zarazem tak
powtarzający się. Niby każdy inny, a tak do drugiego podobny. Owszem, i
ona coraz częściej wkraczała w ten świat, w którym żyją oni. Początkowo
wydawał jej się tak niezmierzony i niesamowity, tyle nieznanych rzeczy
ukazywało się w tak krótkim czasie.
Lecz później poznała ten smak
monotonności życia i pogląd, którym obdarzała ich wędrówki do wielkich
Świątyń Gwaru, uległ zmianie. Tak bardzo pragnęła powrócić do dawnych
chwil, w których jej dusza mogła tryskać wolnością. Teraz ogromne
księgi, które niegdyś czytała zmieniły się w chude, zakurzone i
zniszczone przez czas. Zmniejszyły się, utraciły na wadze – oto, co się
stało z literaturą.
Nauczano ją, a ona chciała nauczać
ich. Wkrótce przekonała się o wielkości słowa i potędze milczenia.
Uznała, że lepiej mądrość zachować dla siebie, jeśli ci, którym mogłaby
ją przekazać nie chcą słuchać Słów Prawdy.
Widzialny Świat uczył ją tego, czego
nie uważała za słuszne. W duszy odczuwała, że przepełniony jest on
zupełnie niedobrze współistniejącymi sprzecznościami. Widzialny Świat
czynił nieprawo, chociaż uczył inaczej, a argumentem jego obrony było
milczenie.
Więksi stali się jej równi, chociaż
wciąż odczuwała, że między nimi istnieje swego rodzaju przepaść. Nie
potrafiła zrozumieć tego, że akceptują rzeczywistość taką, jaką jest,
nawet, gdy nie są z nią zgodni. Oni nie umieli natomiast pojąć, w jaki
sposób można zmienić to, co ich otacza. Nie wyobrażali sobie w prawdzie,
jak mógłby istnieć świat inny, niż ten, w którym się urodzili.
Dzieło pisane dla nich było wciąż
zbiorem liter i słów, nieznanych podróżnych. Niczego się od niej nie
nauczyli. Patrzyli na świat wciąż tak samo, przez grube szkła własnych
potrzeb i zmysłów.
Wyglądając przez okno wciąż go
widziała. Chochlika, który dniem i nocą czuwał nad Światem. Odsłaniała
szeroko zasłony, by widzieć go wyraźniej i wpatrywała się przez szybę
właśnie w niego. Lecz i on zmienił się. Zamiast przyjaciela
szczęśliwego, ujrzała go pogrążonego w zadumie i zwyczajowym milczeniu,
które tym razem sugerowało coś innego. Pytała się go czasem szeptem, nie
tak jak niegdyś radosnym, pełnym głosem, dlaczego świat się tak
zmienia, ale on odpowiadał jej tylko językiem ciszy.
Im bardziej narzucano jej nie swoją
wolę, tym bardziej zamykała się w sobie. Jej kraina, świat zrodzony w
jej umyśle posiadał już własną wolę, lecz na wodzach wyobraźni nigdy nie
wymykał się spod kontroli. Tam mogła być inna, mogła sama kierować swym
życiem. Świat był tam idealny, jak potrafi być świat śmiertelnych.
Ludzie dążyli do jedności, nie toczyli wojen, sporów, nie było spisanych
praw, które zakazywały czegokolwiek, bo każdy odczuwał je we krwi i
wiedział, że czyniąc inaczej, niż nakazuje rozsądek, nigdy nie poczuje
się przez to szczęśliwy.
Rzeczywistość, w której żyła,
wymagała od niej powrotu z krainy marzeń. Chciała wierzyć, że tamten
świat jest jej rzeczywistością, lecz zakazywano jej. Ostatki nadziei
pozostały, by czekać na lepszą przyszłość i żyć we własnej wyobraźni.
Gdy już ostatnie nadzieje i wiara w
utopijny świat jej marzeń zaczęły wygasać, wtedy On nadszedł. Różnie go
zwano – jedni mówili na niego Wilk, ze względu na jego wędrowczą,
tajemniczą i zagadkową naturę. Nie był taki jak pozostali – on także,
jak i ona chodził własnymi ścieżkami, a każdy kamień skrywał dla niego
wielką tajemnicę. Nieraz wyglądała przez okno i zamiast rozmawiać ze
starym przyjacielem Chochlikiem, obserwowała jak wspina się zwinnie na
kwitnącą w blasku słońca wiśnię i siada na grubej gałęzi drzewa z
książką na kolanach. Nie wiedziała, dlaczego ciągle mu się przygląda i
nieraz karciła się, że zamiast wypełniać obowiązki zaczyna bujać w
obłokach. Lecz głęboko w sercu narodziło się nieznane dotąd uczucie,
którego tak naprawdę nikomu nie wyjawiła. On stał się dla niej jedyną
nadzieją i dla niego pragnęła żyć i poświęcić wszystko.
Pragnęła z całej duszy i z każdej
swojej cząstki, by chociaż raz na nią spojrzał, by chociaż przez chwilę
nawiązała się między nimi rozmowa. Wędrowiec, mędrzec – tylko te imiona
jego znała. Prawdziwe trzymał głęboko w sobie nie wypowiadając go przy
każdej napotkanej osobie.
Nadeszły ciężkie dni i noce. Stara
wiśnia pozostawała wciąż pusta, odkąd wyjechał. Smutek ogarnął ją, a
dawny przyjaciel, Chochlik znów okazał dla niej zrozumienie. Zwracała
się do niego, a on w swoim języku ciszy i mądrości radził, by czekała,
gdyż tylko to jej pozostało. Mijały nic nieznaczące dni, bez nadziei i
szczęścia.
Usiadła w cieniu jabłoni. Jej liście
przybrały kolor zachodzącego letniego słońca. Otrzepała z maleńkich
grudek ziemi swoją książkę i otworzyła na stronie zaznaczonej ręcznie
robioną zakładką. Gdy bohater miał właśnie odkryć wielki sekret, padł na
nią cień...
Pomyślała, że zaszło słońce, lecz
szybko okazało się, że się myliła. Bezgłośnie, bezszelestnie usiadł obok
niej. Uśmiechnął się. Po raz pierwszy. Spojrzała na niego, także z
uśmiechem i nieskrywaną radością.
Wrócił. Pierwszy raz przyjrzała się
mu, głębokiemu spojrzeniu brązowych oczu, jasnym kasztanowym włosom
opadającym na ramiona. Milczeli, ale słowa nie były tu potrzebne. Czasem
oczy mówią same za siebie, a myśli płyną mimochodem, poruszane wiatrem.
- Jestem Peregrin. – padły pierwsze jego słowa.
- Jestem Lumina. – padły pierwsze jej słowa.
To również były ich ostatnie słowa. W milczeniu można dostrzec więcej słów, niż w rozmowie.
Do zachodu słońca siedzieli w cieniu
starej wiśni, a tak naprawdę wkraczali na odległe i nieznane równiny
marzeń. Gdy pomarańczowa kula znikła za horyzontem, razem odeszli w
krainę wyobraźni, ich wspólny świat, gdzie wiecznie radowali się życiem.
Tak ją pamiętam.
Kiedyś ją wreszcie odnajdę... Dziewczynkę, która marzeniami doleciała do gwiazd. A może ona kiedyś przyjdzie do mnie?
A może ta opowieść jest o mnie? Jedno wiem na pewno – wszyscy widzieli jedynie jej odbicie, cień.
Ona była inna.
____________Napisałam to opowiadanie 20 marca 2011 roku, jak zwykle zaczęłam je pisać wieczorem, ponieważ tylko wtedy mam czas pisać, a w dodatku tak zwane natchnienie nachodzi mnie zazwyczaj właśnie o tej porze.
Pozdrawiam serdecznie
Luneya Hortairo
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz