poniedziałek, 11 lutego 2013

Opowiadanie-Luneya

Ona była inna
Mówią, że zabawna była. Czasem nieprzewidywalna, a do tego pełna energii i zaskakujących pomysłów.
A ja...
Pamiętam ją trochę inaczej...
Siedziała maleńka na ogromnym fotelu trzymając w delikatnych rączkach księgę z niezrozumiałą dla niej mądrością i zawartością...
Nikt na nią specjalnie nie patrzył ani nie zwracał uwagi. Siedziała pochłonięta lekturą, której słowa, mimo wszystko, były dla niej zbyt trudne i ukrywały zbyt głębokie znaczenie, a jak na owoc dopiero kilku wiosen, wykazywała niesamowitą zdolność rozumienia ich.
Objawione już w dziecięcej postaci pożądanie znalezienia prawdy i poznania świata nie dawało jej chwili wytchnienia, a gdy za oknem sypał gęsto śnieg, a rówieśnicy zjeżdżali na sankach, ona przygnieciona ciężarem słów, metafor i odwołań do wydarzeń jej nieznanych, wsłuchana była w słowa starożytnego i niewidzialnego mędrca. On opowiadał jej z niezwykłą spokojnością o zielonych równinach, czerwonych zachodach słońca, o drzewach pnących się w stronę błękitu i o ciężkich szarych mgłach, które opadały na mokradła na skraju lasu. W jej młodym umyśle powstawały obrazy wynurzające się z nicości, których nigdy wcześniej nie widziała.
Gdy opowiadała, słuchano ją z zaciekawieniem, a jednocześnie z dorosłą pobłażliwością i bezpodstawnym wywyższeniem. Mówiono jej jedno, a ona wiedziała, że było inaczej. Jakże mogłaby się omylić? Oni jednak zawsze widzieli prawdę, nawet w nieprawdzie.
Skoro wstawał świt, nad Krainą Widzialną w milczeniu spoglądał na dziewczynkę Chochlik, z lekkim uśmiechem, jeżeli można nazwać tak stan istoty z Krainy Niewidzenia, czasem niepoprawnie nazywany owym określeniem werbalnym i wizualnym. Mrugał raz to jednym, to drugim, później trzecim oczkiem, a ona zaczynała się śmiać. Wystawiała drobną główkę za okno i machała powoli rączką w jego stronę.
Ale gdy Więksi wkraczali do pokoju, przyjaciel chował się; bał się ich szarych, ponurych twarzy, słów i myśli, które nie miały wartości, pustego spojrzenia, w którym odbijał się Widzialny Świat zamiast miłości. Opowiadała im o nim, jak co dzień wychodzi mu na spotkanie. Oni nie słuchali jej, lecz podtrzymywali swoje przekonania o nieistnieniu „rzeczy niemożliwych”. Na pytanie - „Dlaczego?” istniała według nich tylko jedna poprawna odpowiedź - „Dlatego, że tak jest.  Kiedyś się o tym przekonasz”.
Gdy opowiadała im o Czasach Ciemnych i Nieskończonych Latach Bycia Nicością śmiali się ze słów, jakie używała, z historii, które przytaczała im ciągnąc opowieść bez końca. Gdy zaczęła ich wypytywać o to, co ich zdaniem jest arche świata, zdziwieni i wyraźnie niepojmujący jej słów, odnaleźli grubą książkę w jednej z szuflad. Historię filozofii starożytnej wspominała jeszcze długo po tym, jak nakazali jej przeczytać bezsensowne książki dla małych dzieci. Ona wiedziała, że nie jest już małym dzieckiem, a gdy nachodziły ją takie myśli, Więksi patrząc na nią z góry wzdychali, że mała pozjadała wszystkie rozumy.
Życie Większych polegało na codziennym czynieniu tych samych czynności. Gdy obserwowała ich ze swojego Kąciku, wydawali jej się tacy niezwykli, a zarazem tak powtarzający się. Niby każdy inny, a tak do drugiego podobny.  Owszem, i ona coraz częściej wkraczała w ten świat, w którym żyją oni. Początkowo wydawał jej się tak niezmierzony i niesamowity, tyle nieznanych rzeczy ukazywało się w tak krótkim czasie.
Lecz później poznała ten smak monotonności życia i pogląd, którym obdarzała ich wędrówki do wielkich Świątyń Gwaru, uległ zmianie. Tak bardzo pragnęła powrócić do dawnych chwil, w których jej dusza mogła tryskać wolnością. Teraz ogromne księgi, które niegdyś czytała zmieniły się w chude, zakurzone i zniszczone przez czas. Zmniejszyły się, utraciły na wadze – oto, co się stało z literaturą.
Nauczano ją, a ona chciała nauczać ich. Wkrótce przekonała się o wielkości słowa i potędze milczenia. Uznała, że lepiej mądrość zachować dla siebie, jeśli ci, którym mogłaby ją przekazać nie chcą słuchać Słów Prawdy.
Widzialny Świat uczył ją tego, czego nie uważała za słuszne. W duszy odczuwała, że przepełniony jest on zupełnie niedobrze współistniejącymi sprzecznościami. Widzialny Świat czynił nieprawo, chociaż uczył inaczej, a argumentem jego obrony było milczenie.
Więksi stali się jej równi, chociaż wciąż odczuwała, że między nimi istnieje swego rodzaju przepaść. Nie potrafiła zrozumieć tego, że akceptują rzeczywistość taką, jaką jest, nawet, gdy nie są z nią zgodni. Oni nie umieli natomiast pojąć, w jaki sposób można zmienić to, co ich otacza. Nie wyobrażali sobie w prawdzie, jak mógłby istnieć świat inny, niż ten, w którym się urodzili.
Dzieło pisane dla nich było wciąż zbiorem liter i słów, nieznanych podróżnych. Niczego się od niej nie nauczyli. Patrzyli na świat wciąż tak samo, przez grube szkła własnych potrzeb i zmysłów.
Wyglądając przez okno wciąż go widziała. Chochlika, który dniem i nocą czuwał nad Światem. Odsłaniała szeroko zasłony, by widzieć go wyraźniej i wpatrywała się przez szybę właśnie w niego. Lecz i on zmienił się. Zamiast przyjaciela szczęśliwego, ujrzała go pogrążonego w zadumie i zwyczajowym milczeniu, które tym razem sugerowało coś innego. Pytała się go czasem szeptem, nie tak jak niegdyś radosnym, pełnym głosem, dlaczego świat się tak zmienia, ale on odpowiadał jej tylko językiem ciszy.
Im bardziej narzucano jej nie swoją wolę, tym bardziej zamykała się w sobie. Jej kraina, świat zrodzony w jej umyśle posiadał już własną wolę, lecz na wodzach wyobraźni nigdy nie wymykał się spod kontroli. Tam mogła być inna, mogła sama kierować swym życiem. Świat był tam idealny, jak potrafi być świat śmiertelnych. Ludzie dążyli do jedności, nie toczyli wojen, sporów, nie było spisanych praw, które zakazywały czegokolwiek, bo każdy odczuwał je we krwi i wiedział, że czyniąc inaczej, niż nakazuje rozsądek, nigdy nie poczuje się przez to szczęśliwy.
Rzeczywistość, w której żyła, wymagała od niej powrotu z krainy marzeń. Chciała wierzyć, że tamten świat jest jej rzeczywistością, lecz zakazywano jej. Ostatki nadziei pozostały, by czekać na lepszą przyszłość i żyć we własnej wyobraźni.
Gdy już ostatnie nadzieje i wiara w utopijny świat jej marzeń zaczęły wygasać, wtedy On nadszedł. Różnie go zwano – jedni mówili na niego Wilk, ze względu na jego wędrowczą, tajemniczą i zagadkową naturę. Nie był taki jak pozostali – on także, jak i ona chodził własnymi ścieżkami, a każdy kamień skrywał dla niego wielką tajemnicę. Nieraz wyglądała przez okno i zamiast rozmawiać ze starym przyjacielem Chochlikiem, obserwowała jak wspina się zwinnie na kwitnącą w blasku słońca wiśnię i siada na grubej gałęzi drzewa z książką na kolanach. Nie wiedziała, dlaczego ciągle mu się przygląda i nieraz karciła się, że zamiast wypełniać obowiązki zaczyna bujać w obłokach. Lecz głęboko w sercu narodziło się nieznane dotąd uczucie, którego tak naprawdę nikomu nie wyjawiła. On stał się dla niej jedyną nadzieją i dla niego pragnęła żyć i poświęcić wszystko.
Pragnęła z całej duszy i z każdej swojej cząstki, by chociaż raz na nią spojrzał, by chociaż przez chwilę nawiązała się między nimi rozmowa. Wędrowiec, mędrzec – tylko te imiona jego znała. Prawdziwe trzymał głęboko w sobie nie wypowiadając go przy każdej napotkanej osobie.
Nadeszły ciężkie dni i noce. Stara wiśnia pozostawała wciąż pusta, odkąd wyjechał. Smutek ogarnął ją, a dawny przyjaciel, Chochlik znów okazał dla niej zrozumienie. Zwracała się do niego, a on w swoim języku ciszy i mądrości radził, by czekała, gdyż tylko to jej pozostało. Mijały nic nieznaczące dni, bez nadziei i szczęścia.
Usiadła w cieniu jabłoni. Jej liście przybrały kolor zachodzącego letniego słońca. Otrzepała z maleńkich grudek ziemi swoją książkę i otworzyła na stronie zaznaczonej ręcznie robioną zakładką. Gdy bohater miał właśnie odkryć wielki sekret, padł na nią cień...
Pomyślała, że zaszło słońce, lecz szybko okazało się, że się myliła. Bezgłośnie, bezszelestnie usiadł obok niej. Uśmiechnął się. Po raz pierwszy. Spojrzała na niego, także z uśmiechem i nieskrywaną radością.
Wrócił. Pierwszy raz przyjrzała się mu, głębokiemu spojrzeniu brązowych oczu, jasnym kasztanowym włosom opadającym na ramiona. Milczeli, ale słowa nie były tu potrzebne. Czasem oczy mówią same za siebie, a myśli płyną mimochodem, poruszane wiatrem.
- Jestem Peregrin. – padły pierwsze jego słowa.
- Jestem Lumina. – padły pierwsze jej słowa.
To również były ich ostatnie słowa. W milczeniu można dostrzec więcej słów, niż w rozmowie.
Do zachodu słońca siedzieli w cieniu starej wiśni, a tak naprawdę wkraczali na odległe i nieznane równiny marzeń. Gdy pomarańczowa kula znikła za horyzontem, razem odeszli w krainę wyobraźni, ich wspólny świat, gdzie wiecznie radowali się życiem.
Tak ją pamiętam.
Kiedyś ją wreszcie odnajdę... Dziewczynkę, która marzeniami doleciała do gwiazd. A może ona kiedyś przyjdzie do mnie?
A może ta opowieść jest o mnie? Jedno wiem na pewno – wszyscy widzieli jedynie jej odbicie, cień.
Ona była inna.
____________

Napisałam to opowiadanie 20 marca 2011 roku, jak zwykle zaczęłam je pisać wieczorem, ponieważ tylko wtedy mam czas pisać, a w dodatku tak zwane natchnienie nachodzi mnie zazwyczaj właśnie o tej porze.

Pozdrawiam serdecznie

Luneya  Hortairo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz